Się to we
Się to we Włoszech przyda. Ostatecznie tego rodzaju grupy turystów stanowiły element ogólno-europejskiej sytuacji powojennej, w której mnóstwo rzeczy budziło w nim zastrzeżenia, z obłędną technizacją włącznie. Miał wrażenie, że druga, hitlerowska wojna pod niejednym względem i w niejednej dziedzinie okaleczyła resztki godności Zachodu — odrażający rezultat końcowy dla tak związanej z Zachodem, świadomej osobowości jak Franz Zborowsky. W barze przy Piazza wypił szklankę Carpano Punt e Mes, najlepszego wermutu świata. Gdy trochę nieporadnie wybierał parę zmiętoszonych banknotów, by zapłacić, kasjerka, nienagannie zrobiona, ładna, jasnowłosa Lombardka, uśmiechnęła się do niego w sposób, który kiepscy powieściopisarze nazywają wymownym. Zanim się oddalił, obserwował kątem oka, z pustą szklanką w ręce, zachowanie się owej ślicznotki w stosunku do płacących po nim: podchodzili do niej kolejno miejscowi młodzieńcy, wszyscy z krótko przyciętymi wąsikami i w szafirowych wdziankach wedle ostatniej mody. Blondynka o włosach Tycjanowskiej Lawinii inkasowała od nich pieniądze rzeczowo, bez uśmiechu. Kiedy wychodził, uśmiechnęła się znowu. Jego dawne „szczęście do dziewcząt\" nie opuściło go, nie: mimo całej grozy, przez jaką przeszedł, przekradł się, przemknął i przetoczył. Kosti Kuropatkinowi trudniej przychodziło podbijanie serc dziewczęcych, o tak, choć zachwycone śmiały się z jego nieco ezoterycznych żartów — o ile były zdolne je zrozumieć. Po rewolucji październikowej, jako dziesięcioletni syn białego Rosjanina, fabrykanta gumowych lalek, który chełpliwie napomykał swych stosunkach z „carem emigrantów\" Kiryłem, drogą okrężną przez Turcję dostał się do Wiednia został przyjęty do gimnazjum przy Schottenringu, do którego uczęszczał również Franz Zborowsky. Boro i Kuro, jak nazywali ich koledzy szkolni (czasem także Kuror i Boruks od przekręconych imion Kastora i Polluksa), niebawem zaczęli stanowić nierozłączną parę bliźniaków z wyboru. Boro był „outsiderem\" klasowym, noszącym na sobie od zarania młodości stygmat „odosobienia artystycznego\", Kuro zaś był jego błaznem. W ciągu lekcji Boro zwykle zabaz-grywał zeszyty szkolne szkicami, przedstawiającymi przeważnie prastare uliczki na tyłach katedry świętego Stefana, noszące średniowieczne nazwy jak „Krwawy Zaułek\", całkowicie wymarłe lub skąpo ożywione przez wałęsające się kocury, kulawe kundle, wytaczających się z winiarni mieszczuchów o pijackich gębach — owych ludzi, co byli „po prostu za szpetni\", domy co były „po prostu za stare\", jak dziewięcioletni Franz oświadczył kiedyś ojcu, socjaliście-neurologowi, lekarzowi i naukowcowi ze „szkoły Wiedeńskiej\", podczas wieczornej przechadzki po Starym Mieście. Gimnazjalista Zborowsky, w pewnej mierze dzięki stosowaniu metody homeopatii, przyzwyczaił swych nauczycieli do tego, że wybaczali mu stałą nieuwagę (jakkolwiek dwaj członkowie „ciała pedagogicznego\" z roku na rok domagali się jego „natychmiastowego wydalenia\"). Tak więc Boro bez najmniejszej żenady w obecności profesora łaciny rysował, Kuro natomiast, gdy tylko nauczyciel odwrócił się plecami, stroił prze- raźliwe grymasy, jakby naśladując postacie ze szkiców Bora, i cała klasa dusiła się ze śmiechu. A kiedy pro- fesor błyskawicznie znowu się odwracał — nie dość błyskawicznie! — twarz ucznia Kuropatkina przyoble- kała się w doskonale obojętną, absolutnie pozbawioną wyrazu maskę Bustera Keatona Z przelotnym uśmiechem podróżny zmierzający do Rzymu zjadł okrągły, owczy serek, którego smak obudził w nim inne wspomnienie: wspomnienie bośniackiego życia święto-zbójnickiego, wysuszył czwartą karafkę czerwonego Frizzante, które nie zaprószyło mu głowy, a raczej wzmogło spazmatycznie
Poprzedni - Jeszcze młody —Następny - Dudniące w czaszce